Temat Umiłowana79

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Bławatek
Posty: 383
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Bławatek » 26 lis 2020, 7:31

Umiłowana podpisze się obiema rękoma pod słowami Nirwanny.

Mnie na początku syn mobilizował do "nie myślenia o mężu". Tyle co mąż odszedł wprowadzili w marcu szkołę zdalną i ja też pracowałam w domu. Najgorszy czas - tyle czasu być w domu gdzie wszystko przypomina męża. Miałam umówioną terapię i mi ją przez koronawirusa odwołali. Ale dzięki temu że syn organizował teatrzyki, kaberet, kalambury na chwilę o wszystkim zapominałam. Potem syn wymyślał wspólne prace w ogrodzie - np. podczas spacerów zbieraliśmy na łąkach kamienie i tworzyliśmy suchą rzeczkę - pomysł 8-latka. A potem zajęliśmy się remontem. I tak jak Nirwanna napisała - pomaga mówienie ciągle "na męża nie mam wpływu". I też sobie czasami mówiłam nie ma go bo daleko wyjechał (czasami też myślałam że umarł - jakoś wtedy łatwiej było mi się pozbierać).

Najgorsza jest bezczynność bo wtedy za dużo się myśli o wszystkim. Trzeba się czymś zająć. Spróbuj z dziećmi zacząć przygotowania do świąt, zrobić porządki, upiec pierniczki, zrobić ozdoby. To że mąż na mega kryzys który przekłada się na kryzys małżeństwa nie może spowodować że teraz np. nie będzie Wam się chciało o świętach myśleć. Wspólne spędzanie czasu zbliża.

Miałam problem ze snem - ile nocy nieprzespanych a często nawet przeplakanych. Cud, że pod żadne auto nie wpadłam ani w pracy niczego nie zawaliłam. Ale pomogły mi tabletki na sen od psychiatry.

Ja też w odpowiedzi na pozew napisałam bolesną dla męża prawdę -jakim był mężem i ojcem. Zabolało go i w swojej odpowiedzi na moją odpowiedź napisał tyle kłamstw, że jak dostałam do ręki od adwokatki to w środku miasta stałam i płakałam. Czekasz na odpowiedź męża to się wzmocnij bo możesz zostać kolejny raz zraniona. Do dziś mąż nie odzywa się do osób, które podałam za świadków - nawet chrześnice która miała I Komunię olał - bo jej mama ma być świadkiem. Dla mnie to jest chore, bo dzieci nie są winne niczemu.

A czy jakaś jedna koleżanka nie mogłaby się z Twoją córką od czasu do czasu spotykać? Mój syn obok nas ma najlepszego przyjaciela i się z sobą widują, bo w marcu, kwietniu jak się izolowalismy to dzieci były nie do zniesienia, a teraz jak mają kontakt osobisty to nawet chętniej się uczą. Jest ryzyko przeniesienia wirusa bo zarówno ja do pracy chodzę jak i ojciec przyjaciela syna, ale uznaliśmy że nie da się dzieciaków kolejny raz trzymać w takiej izolacji.

Niestety na wszystko potrzeba czasu.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 26 lis 2020, 10:31

Dziękuję Wam za instrukcje. Są niezmiernie pomocne.

Dziś adwokat podał mi datę pierwszej rozprawy i będzie to przesłuchanie moich świadków, gdzie zwykle przesłuchuje sie świadków strony inicjujacej rozwód.
Od męża żadnych świadków nie ma, żadne pismo nie wpłynęło. Jeszcze będzie sprawdzać akta moja adwokat.

Upływa już 3tydzien od terminu do kiedy trzeba było złożyć pismo z dowodami.
Adwokat tlumaczyla że nawet jeśli teraz coś dojdzie to może być uznane za nieistotne że względu na nie dotrzymanie terminu. Ale czy tak faktycznie będzie to się okaże.

Mąż mi odpisał że dalej jest chory a infekcja się pogłębiła, doszły inne dolegliwości. Chorować zaczął pare dni po upłynieciu terminu. I faktycznie był chory, bo sama widziałam.

Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.
I tak, na męża nie mam wpływu. To sobie cały czas powtarzam. Ale nic nie poradzę na to co w sercu się dzieje. Jestem w jakimś kokonie i najchętniej uciekłabym żeby się zaszyć gdzies w odosobnieniu.

Do histerii córki jakoś trzymalam się w ryzach i cały czas jestem w obiegu-praca, gotowanie, sprzątanie, treningi dziecka, zawozenie i przewożenia do szkoły. Ciągle w ruchu, dużo modlitwy po drodze, słuchanie x Pawlukiewicz a, i brak czasu na ciszę w sobie. A we mnie jest chaos. Nie mam jak jeździć do psychologa bo nie mam z kim zostawiać dzieci. Sąsiadka deklarowała ze pomogą, ale jak to bywa, akurat się nie składa-jak potrzebuje opieki to ona coś ma już zaplanowane. Rodzina jest daleko, koleżanka na drugim końcu miasta.

Córka koleżanki na miejscu żadnej nie ma. Szkoła nie jest na naszym osiedlu więc koleżanki są szkolne, tu nie specjalnie jej pasują. W naszej klatce akurat żadnej dziewczyny nie ma. Z koleżankami Jeżdżą do siebie na nocowanie, ale to co weekend.

Od kilku dni leki biorę te co kiedyś miałam przepisane na uspokojenie. Narazie niewiele to daje.

Ruta
Posty: 896
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Ruta » 26 lis 2020, 11:20

Umiłowana, podpisuję się pod wszystkim co dziewczyny napisały powyżej.

Od siebie dodam - rozumiem strach, który teraz czujesz. Ja także, gdy zdobyłam się na odwagę, by odpisać na pozew w zgodzie ze sobą i nie zgodzić się na rozwód znalazłam się nagle w strachu i chwilami nawet w rozpaczy, czułam się osamotniona i wiedziałam, że ściągnęłam na siebie gniew męża. Bałam się tak, że zaczęłam myśleć, że może jednak lepiej bym zrobiła, godząc się na rozwód, załatwiając wszystko tak jak podpowiada świat "cywilizowanie", że nie byłoby tej zapiekłej złości męża, milczenia, i tego mojego strachu i bólu. Wydawało mi się, że tak jak jest, jest tak źle, że już nigdy nie będzie lepiej, bo jeszcze wszystko tylko pogorszyłam. Zaczęłam się winić. I też szukałam pomocy tu na forum, bo byłam bardzo przestraszona i zrozpaczona.

Od tego czasu u mnie minął prawie rok, bo pozew otrzymałam tuż przed świętami. Gdy napisałam w odpowiedzi prawdę - tak jak ją wówczas czułam - zarówno prawdę serca, że nie chcę rozwodu, jak i prawdę o moim małżeństwie - tak jak wówczas ją widziałam i czułam, mój mąż także zareagował odcięciem. Odpowiedź męża, a raczej jego Pani mecenas poznałam dopiero na rozprawie - mąż wystąpił o rozwód z mojej winy. Też zastanawiałam się i niepokoiłam, czemu nie dostaję nic na piśmie, że termin już minął.

Czego się przez ten rok nauczyłam i czego dowiedziałam? Po pierwsze - wiem teraz, że reakcja mojego męża wcale nie miała nic wspólnego ze mną i z tym co ja zrobiłam. Ci nasi mężowie, także mają serca, sumienia, uczucia i rozum. Czują wyrzuty sumienia, bo doskonale wiedzą, że postępują źle. Czują też zapewe wściekłość, że żona psuje taki doskonały plan - o bo oni całkowicie są w tych swoich kryzysach pochłonięci "prawdami" świata i swoim "prawem do układania sobie życia". Być może nawet naprawdę nie rozumieją co się dzieje i sądzą, że żona chce im tylko "utrudnić" i że to jakiś rodzaj zemsty. To unikanie rodziny, odcinanie się od dzieci nie wynika jedak tylko z tej wściekłości, ale także z obawy, by się nie złamać, nie skruszyć, nie zmienić zdania. A całość zachowania męża nie ma nic wspólnego z tobą - i nic z tego co zrobiłaś tego zachowania nie wywołuje. Nie musisz mieć wyrzutów sumienia, że swoją niezgodą "pozbawiłaś dzieci kontaktu z ojcem".

Co mi pomogło przez ten rok - modlitwa. Przynosiła spokój. Pomogła też mi bardzo porada Małgosi, by być tu i teraz, by nie zgłębiać sie w przeszłość ani w przyszłość, ale być i trwać w teraz, najlepiej z Maryją. Gdy rozglądałam się po tym teraz, to wcale nie było tak źle, miałam przy sobie synka, dach nad głową, miłość, dostatek, spacery, chmury, słońce, uśmiech dziecka, śmiech jego i kolegów, gdy do nas przychodzili. Miałam też moment, gdy dotarło do mnie, że moje małżeństwo wcale nie wymaga ratunku - bo ono trwa, niezależnie od tego co się dzieje. Że to co może się zmienić i poprawić, odnowić to relacja między mną a mężem - a nasz sakrament temu sprzyja i kieruje nas w tą stronę, jeśli tylko się na to otworzymy. Jeśli ja się otworzę.

Daj mężowi czas, by uporał się ze swoimi lękami i ze swoim bólem. Poproś o wsparcie dla ciebie na ten czas Maryję. Ona naprawdę cię poprowadzi. Zaufaj. Wiem, że trudno jest radzić sobie bez męża, być zdaną na siebie. Że może to rodzić panikę, strach. Że jest jeszcze tęsknota, przerażenie - czy ja zawsze będę już sama. Czy mój mąż mnie nienawidzi? Czemu tak się dzieje? Wiem, że teraz dodatkowo jeszcze wszystko utrudnia to, co się dzieje wokół nas, że izolacja bardzo nam nie sprzyja. Ostatnie co było we mnie to gotowość by zaufać - ale przeważyła moja rozpacz, nie miałam nic do stracenia, więc postanowiłam spróbować. Zwróciłam się więc do Maryi, pełna niedowierzania, motywowana nie zaufaniem, nie miłością, ale moją bezradnością. Jeśli przyjęła mnie, która tak sceptycznie do Niej przyszła, na próbę, jeśli objęła mnie i poprowadziła, to przyjmie każdego.

Nie obwiniaj się też za stan w którym jesteś, ale jeśli będzie się utrzymywał, poszukaj pomocy. Gdy z rozpaczy i bólu przestałam spać, umówiłam się do psychiatry. Dostałam lekkie tabletki nasenne, które miały mi pomóc. Miałam szczęście (wtedy już byłam w Nowennie Pompejańskiej i wierzę, że to szczęście nie było przypadkiem), trafiłam na wierzącą panią psychiatrę. Gdy opowiedziałam jej o swojej sytuacji, dała mi namiar na Sychar :) Tabletek wzięłam parę, reszta pewnie gdzieś tam się wala. Nie mogłam brać tabletek, bo mnie usypiały a ja nocami czytałam forum, historię po historii, i jakoś tak z tym czytaniem spływała na mnie pewność, że nie postępuję źle, że to dobrze, że nie chcę rozwodu, mimo, że mąż mnie opuścił i mimo, że tkwi w nałogu i mimo, że mnie oskarża, nie szanuje i źle traktuje i że wcale nie jestem głupia, wierząc, że małżeństwo jest na całe życie. I że nie jestem głupia nadal kochając męża, mimo tego co robi. Wtedy też uwierzyłam, że mamy z mężem szansę uratować nasze małżeństwo, że z każdego kryzysu jest wyjście, że Bóg wyprowadza ludzi także z nałogów, że scala rodziny i małżeństwa, leczy rany - tylko trzeba się nawrócić. I że nie ma nic złego, jeśli to ja ukorzę się i ja zacznę, i że być może z czasem mój mąż do mnie dołączy. Zaczęłam modlić się więcej, jeszcze wtedy ani tego nie rozumiejąc, ani nawet do końca nie potrafiąc, kulawe to moje modlitwy były i nieporadne - ale i sen też powoli zaczął przychodzić, już bez tabletek. Czasem nadal zdarza mi się, że emocje nie dają mi spać, czasem to bardzo trudne emocje, ból, smutek, żal, niepokój, poczucie przeciążenia, samotność, tęskonota - teraz jednak wiem już, jak sobie z tym radzić, jak się wyciszać. Ty też się tego nauczysz, sycharek po sycharku się tego uczymy.

I jeszcze jedno - stabilna silna mama, to silne dzieci. Gdy ty zaczniesz wychodzić z kryzysu, dzieci wyjdą z nim naturalnie za tobą. Nie chodzi o udawanie, że jest dobrze. Dzieci będa to czuły, ale o takie stopniowe pozbieranie się. To dzieci także będą czuły. Ja oprócz swojej terapii, (której bardzo potrzebowałam - bo ja też byłam w kryzysie, od dawna, tylko tak koncentrowałam się na męzu i jego problemach i próbie pomocy dla niego, że tego swojego kryzysu wcale nie widziałam) zdecydowałam się na terapię dla synka - żeby on też miał swoje wsparcie. A od jakiegoś czasu mamy też wspólną terapię z synkiem, rodzinną. A ja nadal jestem w swojej terapii. Odejście męża i ojca zadaje duże rany, warto mieć tego świadomość i nie uciekać od tego, tylko sięgać po pomoc. Nie zawsze trzeba terapii, czy leków, ale warto nie zwlekać z tym, gdy takie wspracie jest potrzebne.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 14 sty 2021, 10:28

Witajcie
Jestem z dzieckiem w szpitalu.
Jadłowstręt psychiczny. Depresja. Trafiliśmy w ostatnim momencie żeby to jeszcze szybko odwrócić. Poleciało życie w bardzo krótkim czasie. W szpitalu fizycznie pomagają dużo. Świetny personel. Psychicznie jest słabo. Nie wiem jak będzie w domu.
Nie jest dobrze.
Czeka nas długa droga.

Mąż dalej upiera się przy rozwodzie mimo wszystko, choć teraz dociera do niego konieczność terapii. Ale tylko że względu na dziecko. Wszelkie jego gesty budzą we mnie wątpliwość, czy wynikają z jego intencji, czy jest to dzieło prawnika lub też psychologa.
Właśnie -dowiedziałam się że psycholog pomógł mężowi podjąć decyzję o rozwodzie.

Wszystko oddaje Bogu. Może taki Bóg ma plan, bardzo bolesny, ale już nie buntuje się, choć w sercu dużo żalu głównie do meza. Przykre to wszystko.
znieczulica męża mnie przeraża. Coś tam w kierunku dziecka jakieś szczątkowe odruchy są. Ale to nie to, co tata powinien dać, zwłaszcza w takiej sytuacji.
Nie mam już siły.
Nawet nie śpię specjalnie. Chodzę jak zombie.
Nie wiem jak to bedzie.
Wesprzyjcie modlitwa.
Jezu, Maryjo w Was jedyna nadzieja. Ufam Wam.
Sił brak.
Uśmiecham się i trzymam formę żeby dziecko miało we mnie trampolinę, ale baterie mam już na minusie.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 14 sty 2021, 10:45

Rzadko widuje męża, więc spokój w sercu łatwiej utrzymać.
Nauka pokory jest bardzo trudna, kiedy dzieje się tyle złego.
Wiem że za dużo złych słów było też wypowiedzianych przeze mnie. Jednak trudno reagować lepiej w obliczu góry lodowej.
Ból rozdziera serce, co dziecko przeżywa.

😓

elena
Posty: 160
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: elena » 14 sty 2021, 12:13

Umiłowana79 otaczam Cię modlitwą! Domyślam się, ze jest Ci ciężko, zwłaszcza gdy patrzysz na cierpienie dziecka. Ja teraz tez mam gorszy okres, choć wydawało się, ze jestem silniejsza.
Trwaj przy Bogu! Męża zostaw Bogu. Czy masz teraz wsparcie rodziny, bliskich, przyjaciół?
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

Ruta
Posty: 896
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Ruta » 14 sty 2021, 12:35

Umiłowana,

Odłóż na bok, co robi mąż. To czego nie robi także. Twoja córka wymaga pomocy. Potrzebuje stabilnej mamy.

Wiem jak bardzo to trudne. Mój synek po wyprowadzce męża przeszedł bardzo poważny kryzys. Nie było mnie wtedy jeszcze na forum, więc nigdy dokładnie nie opisałam co się działo. Ale było z moim synkiem źle. Był ośmiolatkiem na granicy cięzkiej depresji. W tym samym czasie jak także byłam w bardzo złym stanie. Bo także przeżywałam co robi mąż, rozpad mojego świata. Ale mojemu dziecko rozpadł się świat - i oboje rodziców szwankowało. Nie miał przez jakiś czas nikogo na kim mógłby się oprzeć. Tak, decyzję podjął mąż, ale za moje reakcje, za to w jakim ja stanie się znalazłam, odpowiadałam ja. To co działo się z moim dzieckiem to był jeden z najważniejszych powodów dla których zaczęłam szukać pomocy.

Jakoś instynktownie poczułam, że żeby pomóc dziecku najpierw ja muszę stanąć na nogi. A byłam w takim stanie jak opisujesz - zombi. I też nie spałam. Bardzo źle funkcjonowałam. Odmawiałam wtedy swoją pierwszą w życiu bardzo rozpaczliwą Nowennę Pompejańską. To był wyraz mojej desperacji. Oczywiście intencja była jedna - żeby tylko mąż wrócił. Zgłosiłam się do psychiatry. Jedną z propozycji po tym jak przedstawiłam swój problem było skontaktowanie się ze Wspólnotą Sychar. Dzięki radom pani doktor ogarnęłam się - najpierw uregulowałam sen, zadbałam o dietę, uzupełniłam niedobory. Praca w Nowennie doprowadziła mnie do zmiany intencji w połowie Nowenny - w części dziękczynnej szczerze dziękowałam za wyprowadzkę męża i szansę jaką to dla nas stworzyło. I nawet o nic nie prosiłam. Czytanie wątków na forum sycharowskim, jeden po drugim pomogło mi lepiej zrozumieć, jak mogę prowadzić swoje życie bez męża, ale w wierności małżeństwu. Aż przyszedł czas, gdy odważyłam się napisać.

Z czasem udało mi się przekonac męża do zgody na terapię synka. Mąz odmówił wspólpracy i terapii rodzinnej i okej. Zaakceptowałam to. Terapia oczywiście bardzo synkowi pomogła. Ale wiesz co? Najbardziej pomogło mu to, że ja stanęłam na nogi. Że zamiast ojca, który go porzucił, ranił na rózne sposoby i manipulował jego emocjami, często nietrzeźwy, który zajmował się nim tak, że synek był w ciągłym strachu, a ja na to pozwalałam - i zamiast mamy rozbitej, smutnej, w stresie, niedospanej i półprzytomnej z żalu i ze stresu, odzyskał mamę na której można się oprzeć, która broni przed krzywdą. Która się uśmiecha. Dzieci uczą się zycia od nas. Gdy mama całą sobą pokazuje, że kryzys w rodzinie to koniec życia, dzieci też tak to odbierają. Gdy mama pokazuje, że życie toczy się dalej, że choć jest trudno, nie tracimy radości życia, więzi z Bogiem ani siebie nawzajem - dzieci tego także się uczą.

Zwróc się szczerze, sercem do Maryi. W zaufaniu. Porozmawiaj z Nią. Opowiedz Jej co czujesz, czego się boisz, o co prosisz. Z czym nie dajesz rady. Mąz się wycofuje? No to poproś świętego Józefa o pomoc i na nim się oprzyj. Nie myśl, że choroba twojego dziecka to jakiś Boży plan. Ksiądz Dziewiwecki napisał, że Bóg nie zsyła nam krzyży (polecam ksiązkę księdza Dziewieckiego Bóg kontra cierpienie, bardzo mi pomogła zrozumieć na czym polega tajemnica Krzyża i jakie znaczenia ma cierpienie w naszym życiu). Zaufaj, poproś o pomoc. Zaproś Świętą Rodzinę do siebie do domu, by była z wami na co dzień. Dostaniesz i pomoc - i te siły, których na razie nie masz.

Opowiedz też córce o Świętej Rodzinie, o pomocy jaką się dostaje, o zaufaniu. Módl się wspólnie z córką, i z dziećmi też. Wspólne modlitwy z dzieckiem to bardzo dobra terapia, naprawdę pomagają, zbliżają. A dzieci w kryzysie rodziców bardzo tej bliskości potrzebują. Jestem zachwycona jak wiele dobrego moje wspólne z dzieckiem modlitwy przynoszą. My w nich sobie ze Świętą Rodziną rozmawiamy.

Zanim napisałam - już w modlitwie cię poleciłam i twoje dzieci także w opiekę Świętej Rodzinie. Pomodlę się o dar wspólnej dobrej modlitwy dla ciebie i dla twoich dzieci i o potrzebne wam siły, wszelkie Łaski i Błogosławieństwa. Dziś późnym popołudniem na pewno będę na czwartkowej adoracji, a postaram się tak ułożyć dzień, by zdążyć także na mszę. Zabiorę Was ze sobą :) A ciebie - mocno przytulam, najcieplej i najbardziej wzmacniająco jak tylko potrafię.

Umiłowana79 pisze:
14 sty 2021, 10:28
Witajcie
Jestem z dzieckiem w szpitalu.
Jadłowstręt psychiczny. Depresja. Trafiliśmy w ostatnim momencie żeby to jeszcze szybko odwrócić. Poleciało życie w bardzo krótkim czasie. W szpitalu fizycznie pomagają dużo. Świetny personel. Psychicznie jest słabo. Nie wiem jak będzie w domu.
Nie jest dobrze.
Czeka nas długa droga.

Mąż dalej upiera się przy rozwodzie mimo wszystko, choć teraz dociera do niego konieczność terapii. Ale tylko że względu na dziecko. Wszelkie jego gesty budzą we mnie wątpliwość, czy wynikają z jego intencji, czy jest to dzieło prawnika lub też psychologa.
Właśnie -dowiedziałam się że psycholog pomógł mężowi podjąć decyzję o rozwodzie.

Wszystko oddaje Bogu. Może taki Bóg ma plan, bardzo bolesny, ale już nie buntuje się, choć w sercu dużo żalu głównie do meza. Przykre to wszystko.
znieczulica męża mnie przeraża. Coś tam w kierunku dziecka jakieś szczątkowe odruchy są. Ale to nie to, co tata powinien dać, zwłaszcza w takiej sytuacji.
Nie mam już siły.
Nawet nie śpię specjalnie. Chodzę jak zombie.
Nie wiem jak to bedzie.
Wesprzyjcie modlitwa.
Jezu, Maryjo w Was jedyna nadzieja. Ufam Wam.
Sił brak.
Uśmiecham się i trzymam formę żeby dziecko miało we mnie trampolinę, ale baterie mam już na minusie.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 16 sty 2021, 10:08

Dużo, Elena,
Bóg zapłać za Wasze dobre słowa.

Elena,
mam wsparcie w rodzinie, ale na miejscu jestem sama. Rodzina daleko. Są znajomi, ale to zawsze znajomi.

Nie wiem jak kochać kogoś kto okazał sie tak bezwzględny w takiej sytuacji.
Nie wiem...
Odrzuca mnie to bardzo.
Nie wiem jak się zachowywać w jego obecności.
Omijałabym szeroko, ale dzieci chcą żeby przez moment być razem, jak rodzina.
Nie potrafię wzbudzic w sobie teraz nic dobrego. Czuje pustke,Złość, żal. Nie jestem w stanie nic zmienić.
Jak go nie widzę, jest spokój.
Jak sobie o nim przypomnę pojawia się ból niesamowity, strach. Chciałabym być wobec niego spokojna, zdystansowana, ale świadomość, że doprowadził swoim postępowaniem do takiego stanu dziecko mnie zabija.
Tak bardzo serce chciałoby uciec do tego co było kiedyś, że w domu czeka ktoś bliski na nas.
Teraz ten bliski zadaje tak potworny bol.

Wiem że udział w kryzysie mam też ja, żałuję że nie umiałam wcześniej reagować inaczej niż jak przez krzyk i awantury. To tak bolało.
Mam do siebie ogromny żal. Ale nie umiałam...
Poprostu. Broniłam siebie tak jak potrafiłam.

elena
Posty: 160
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: elena » 16 sty 2021, 23:24

Umiłowana79 pisze:
16 sty 2021, 10:08
Wiem że udział w kryzysie mam też ja, żałuję że nie umiałam wcześniej reagować inaczej niż jak przez krzyk i awantury. To tak bolało.
Mam do siebie ogromny żal. Ale nie umiałam...
Poprostu. Broniłam siebie tak jak potrafiłam.
Proszę nie obwiniaj się i nie miej żalu do siebie samej. Udział w kryzysie mają dwie strony, ważne, żeby się nawrócić i chcieć naprawy małżeństwa. Ty dążysz do pojednania, nie odeszłaś od męża, jesteś wierna, dbasz o dzieci, modlisz się, jesteś Córka Króla, a więc kimś bardzo ważnym.
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

Ruta
Posty: 896
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Ruta » 18 sty 2021, 14:38

Umiłowana,

Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej to wszystko oddać Bogu - ile tylko dasz radę. Męża na początek. A potem wszystko co wokół tego. Nie idzie mi najlepiej, ciągle coś tam chowam, nawet i przed sobą chowam i nie oddaję. I odkrywam ile jeszcze tego męża mam przy sobie. Ja sobie z początku, jak ktoś na forum napisał, tak wyobrażałam sobie to oddawanie dosłownie - mąż w paczkę spakowany, ładną, z kokardką i fru do góry :) Najpierw słabo latały te paczki, ale w końcu poszybowała jedna, aż została taka malutka kropeczka - i znikła. I nic nie spadło z powrotem. Przyjęty :)

Mąż idzie do góry drugi rok w kawałkach, bo całego nie udało mi się oddać. Najpierw w takich większych kawałkach szedł, teraz im mniej mam, tym porcyjki mniejsze. Kiedyś mówiłam, że na górze będą musieli mi go pozszywać, teraz to nie wiem, jakieś operacje na poziomie elektronów chyba, bo go tak po elektronie wydzielam.

To oddanie ma wiele zalet. Jak coś oddajesz nie musisz się już tym zajmować. Jak oddajesz w dobre ręce - możesz być spokojna. Zostaje mnóstwo czasu i energii dla ciebie i dla dzieci.
Nie znalazłam jak dotąd za to ani jednej wady oddania. Teraz to już maniakalnie oddaję wszystko - siebie też. No bo skoro jestem z mężem jednym ciałem - to jak siebie oddam, to i to co tam z tego męża wciąż trzymam, też poleci.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 18 sty 2021, 21:25

Elena,
Tak, chciałam naprawy małżeństwa, ale skoro mąż bezwzględnie dąży do rozwodu, to żadnej naprawy już nie będzie.
Przecież rozwod, to koniec i tyle.
Skoro on chce się odciąć, żeby już nic nas życiowo nie łączyło, to po to, żeby mnie ze swojego życia wyciąć.
Nie liczę już na nic.
Szkoda, że dzieci doświadczyły takiego scenariusza. To strasznie boli.
Moja winą jest to, że nie potrafiłam nad zdradą przejść do porządku dziennego. Nie potrafiłam tego przełknąć. Wcześniej też były na pewno zdrady emocjonalne. Bo w poprzednich do fizycznej nigdy się nie przyznał, ale jak było, to tylko jeden Bóg raczy wiedzieć.
Chciałam przełknąć te gorzkie doświadczenie, ale mi nie wyszło.
Nie było możliwości, żeby to zdrowo przegadać, przepracować, chyba że sama do lustra. Na terapię nie było innego chętnego oprócz mnie. Co z tego, że chciałam nie tragizowac, nie przeżywać, jak dla mnie okazało się to nie do udźwignięcia.
Ten bol wylewal się ze mnie wiadrami. Sama zastanawiałam się i wkurzałam się, czemu tyle krzyczena niego, czemu on mnie tak drazni.
I mam finał taki, że moje małżeństwo okazało się fikcją.

Ruto,
Fajne te twoje wysyłanie.
Ja wysyłam, ale zaraz jakoś to ściągam i wysyłam i znowu ściągam i tak w kółko.
Może faktycznie rozwód odetnie to wysyłanie i zrobię to raz a dobrze.
Ja nie chce się zgadzać na rozwód.
Ale przecież nie ma już żadnych więzi. Nie ma się co łudzić, i trwa ten kryzys tyle lat i nic nie wskazuje żeby się polepszalo.
Nawet a może zwłaszcza w stosunku do dzieci wygląda to wszystko słabo. On siebie widzi jako wspaniałego tatusia, który emocjonalnie daje tyle ile potrafi, choć w moim odczuciu to niewiele w porównaniu z tym co dawał kiedyś.
Nie nadaje się do życia w małżeństwie.
Nie sprawdziłam się.
Zawaliłam wszystko co się dało.
Brak mi słów.
Mam dość 🥺😔

sajmon123
Posty: 123
Rejestracja: 16 lis 2020, 22:57
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: sajmon123 » 18 sty 2021, 22:33

Umiłowana79 pisze:
18 sty 2021, 21:25
Nie nadaje się do życia w małżeństwie.
Nie sprawdziłam się.
Zawaliłam wszystko co się dało.
Brak mi słów.
Mam dość 🥺😔
Nie obwiniaj się. To nie jest Twoja wina. Każdy popełnia błędy. Ty widzisz je i pracujesz nad nimi, stajesz się lepszym człowiekiem. To już jest zwycięstwo. Jeśli wyciągamy wnioski z niepowodzeń to stajemy się bardziej wartościowi. Rozwodu jeszcze nie ma. Nie warto się zajmować tym co nie istnieje. Wszystko jeszcze może się zmienić. Warto się o to modlić. Rozwód cywilny to tylko papierek. Wy macie coś więcej. Nigdy nie mów nigdy i nie rezygnuj z siebie i z sakramentalnego małżeństwa.

Mirabelka1
Posty: 21
Rejestracja: 11 sty 2021, 20:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Mirabelka1 » 18 sty 2021, 22:58

Umiłowana,
A co to za użalanie się nad sobą? Żadne tam zawaliłam. Głowa do góry.
Wiem, że jest bardzo, bardzo trudno. Masz, podobnie jak ja, bardzo duże poczucie odpowiedzialności za rodzinę. Chciałaś, aby Twoje dziecko, żyło w pełnym szczęśliwym domu, ale nie zmienimy drugiego człowieka. Możemy zmienić tylko siebie.
Przecież Ty jesteś bardzo dzielna.

Ruta
Posty: 896
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Ruta » 19 sty 2021, 1:57

Umiłowana79 pisze:
18 sty 2021, 21:25
1. (...) Tak, chciałam naprawy małżeństwa, ale skoro mąż bezwzględnie dąży do rozwodu, to żadnej naprawy już nie będzie.
Przecież rozwod, to koniec i tyle. (...)

2. (...) Moja winą jest to, że nie potrafiłam nad zdradą przejść do porządku dziennego. Nie potrafiłam tego przełknąć. Wcześniej też były na pewno zdrady emocjonalne. Bo w poprzednich do fizycznej nigdy się nie przyznał, ale jak było, to tylko jeden Bóg raczy wiedzieć. (...) I mam finał taki, że moje małżeństwo okazało się fikcją.

3. Ruto,
Fajne te twoje wysyłanie.
Ja wysyłam, ale zaraz jakoś to ściągam i wysyłam i znowu ściągam i tak w kółko.
Może faktycznie rozwód odetnie to wysyłanie i zrobię to raz a dobrze.

4. Ja nie chce się zgadzać na rozwód.
Ale przecież nie ma już żadnych więzi. Nie ma się co łudzić, i trwa ten kryzys tyle lat i nic nie wskazuje żeby się polepszalo. (...)

5. Nie nadaje się do życia w małżeństwie.
Nie sprawdziłam się.
Zawaliłam wszystko co się dało.
Brak mi słów.
Mam dość 🥺😔
Pocięłam twój post tak niemiłosiernie, bo nadal się nie przyłożyłam , by nauczyć się odpowiadać tak kawałkami, chociaż mam już wstępną ideę jak to robić. No to będzie w punktach :) I trochę się postaram na wesoło - żeby cię trochę z umartwiania się wybić. Starczy już tego 8-)

1. Rozwód to nie koniec małżeństwa. Sakramentalne małżeństwo kończy się dopiero śmiercią jednego z małżonków. Na ile się zorientowałam, oboje z mężem żyjecie i macie też widoki na dalsze życie. A do tego skąd twoje przekonanie, że do rozwodu dojdzie i sąd go orzeknie?

2. Nie widzę winy w tym, że miałaś trudne emocje związane ze zdradą męża, ani nawet że je wprost okazywałaś. Nawet gdy ekspresja była z gatunku hard. Za to doskonale rozumiem twoje doszukiwanie się w tym winy. Mam za sobą fazę, gdy całkiem szczerze uważałam, że "mogłam się zamknąć", znosić odurzanie się męża, żyć spokojnie z narkomanem (tak spokojnie z narkomanem i wcale nie uważałam, że to brzmi jak oksymoron) - i nie doszłoby do składania przez męża pozwu. No i tu miałam rację - bo mężowi bardzo by to odpowiadało i nie miałby wtedy powodów, by składać pozew. Tak jak nie miał go przez poprzednie lata, gdy jego odurzanie się tolerowałam. No to mój wniosek był wtedy prosty - jestem winna rozpadu małżeństwa. Mam nadzieję, że dostrzegasz błędy logiczne i praktyczne w moim ówczesnym rozumowaniu. I w swoim.

3. Wysyłanie nie idzie lepiej po rozwodzie. To mit. Przyjrzyj się rozwodnikom z otoczenia - wielu z nich, nawet gdy mają już te swoje "nowe związki", a nawet "nowe rodziny", pozostaje nadal wczepiona w męża/żonę - żyje tym co tam na fejsie się u żony męża pojawia, z kim on jedzie na wakacje, czy dobrze jest kupować labradora jak się mieszka w bloku (jeśli to labrador "byłej" żony, to oczywiste, że nie i ona jest idiotką, podejmując taką decyzję) i jak tu nie dopłacić alimentów przed kolonią dziecka, żeby żona dostała szału. Oni nie tylko nie chcą nic wysyłać - wręcz lubią sobie nadal mieć męża czy żonę przy sobie i tkwić w błogim uwieszeniu emocjonalnym. To wygodne, jest na kogo zwalać winę za swoje niepowodzenia, zmienne nastroje, i złą pogodę.

Mi najpierw mąż w tej paczce także raz po raz na głowę spadał. Zanim poszybował, by stać się znikającą kropeczką. Ale się cieszyłam jak się udało :) Nic się nie przejmuj, wysyłaj w częściach. Jak nie lubisz makabrycznych wyobrażeń, to zamiast tak męża w fantazji kawałkować (choć niektórym może to sprawić swoistą przyjemność) - osobna paczka z ręką, osobna z nogą - to kawałkuj na przykład cechy - paczka z tym czego najbardziej nie lubię w mężu, paczka z tym co lubię, paczka z napisem - Pilna naprawa!. To może być dobra zabawa - i nawet powinna. Co jak co, ale takiej zabawy raczej nie musimy sobie odmawiać. Jak lubisz robić listy - wiele osób lubi - to możesz też tworzyć do wysłania listy tematyczne np.: 10 najbardziej wkurzających cech mojego męża, 10 jego najbardziej idiotycznych odzywek, 8 min męża, które doprowadzają mnie do białości poniżej 15 sekund, 7 fatalnych nawyków męża przy jedzeniu. Takie małe leciutkie zgrabne paczuszki. Jak się tym trochę pobawisz - złapiesz dystans, a może nawet trochę się uśmiechniesz.

4. Masz jasne stanowisko - wiesz czego nie chcesz. Nie chcesz zgadzać się na rozwód. I super. Nie musisz.

Co do reszty - to są właśnie te mity rozwodowe. "Nie ma już co ratować". "To nic nie da". Oj tam, oj tam. Ja się na rozwód nie zgadzam, bo tak czuję. Nie chcę by mój mąż się ożenił - mam prawo tak czuć, choć z początku myślałam, że to oznacza, że ja jestem wredna. Bo każda kobieta, która nie zgadza się na rozwód i pokornie nie udaje, że jest nowoczesna, wyrozumiała, szlachetna i nie udaje, że nie cierpi, i odmawia występowania w telewizjach sniadaniowych, by opowiadać, że rozwód dał jej drugie skrzydła (pierwsze miała po pierwszym rozwodzie zapewne) i nie głosi wszem i wobec, że ma swoją dumę i kolejkę kochanków - to jakiś wredny babsztyl jest. No co za bzdura. I dlaczego duma żony miałaby polegać na tym, że wbrew sobie zgadza się na rozwód? No bzdura!!!

"Jestem dumną osobą, wobec tego godzę się na wszystko czego nie chcę. U babci Hani daję się napychać wszystkimi jej specjałami, aż nie mogę się poruszać, po czym wszystko grzecznie poprawiam tłustymi racuchami, które babcia mi podaje, bo z wczoraj zostały i nie chce żeby się zmarnowały. Jestem dumna, więc jak szef każe mi myć swoje kubki, to pokornie to robię i pytam, czy nie potrzebuje, żebym umyła mu także jego samochód. Z dumy też oczywiście na bazarze kupuję dwie dodatkowe pary kalesonów gratis, chcociaż nie chciałam nawet tych pierwszych. I z dumy oczywiście godzę się na rozwód, skoro mąż twierdzi, że powinnam. Bo jak się nie zgodzę to on powie wszystkim, że nie mam dumy, tylko się upokarzam. Mam swoją dumę. I swoje zdanie. Jestem kobietą nowoczesną, można by powiedzieć feministką nawet. I dlatego właśnie zrobię to, co mi kazał mąż. Bo mam dumę. Nie to co te pokorne, religijne, zniewolone kobiety, które się na rozwody nie zgadzają, chociaż mąż im mówi, że to znaczy, że nie mają dumy. I one nic nie rozumieją, co to jest duma. I nie rozumieją co to kobieta nowoczesna i dumna i co najważniejsze - nie mają pojęcia, co to jest kobieta mająca własne zdanie na każdy temat i kobieta niezależna od mężczyzny." :)

5. Nikt z nas nie nadaje się do życia w małżeństwie. Dlatego przechodzimy kryzysy małżeńskie, a małżonkowie doprowadzają nas do szewskiej pasji, szału, morderczych myśli, odświeżania wiedzy z geografii i rozmyślań o wielości kierunków geograficznych, w tym całkiem poważnego rozważania paroletniego pobytu na Kamczatce, jako błogiej alternatywy, pragnienia nagłego otrzymania łaski i powołania do męczeńskiej smierci (otrzymania tak wzniosłego powołania dla męża oczywiście). Nieźle sprawdzają się także pomysły na pracę przy obserwacji pingwinów arktycznych. Był czas gdy sądziłam, że nie wymarzę sobie lepszej.

Bywamy też agresywni. Nawet jeśli głównie w fantazji - to raczej z braku fizycznych sił sprawczych. Mój mąż nie wyleciał przez okno przez nasze małżeństwo w czasie gdy mieszkaliśmy razem, tylko dlatego, że nie potrafiłam go przesunąć wzrokiem za framugę okienną, a fizycznie nie miałabym tyle siły, by go przez nią przerzucić. Dlaczego ja nie wyleciałam nie wiem, bo fizycznie mąż absolutnie dałby radę. Może dlatego, że oznaczałoby to, że będzie potem musiał codziennie sam gotować i sprzątać i ta myśl go hamowała? Lubię czasem myśleć, że to dlatego, że lubił, jak uroczo przeszkadzałam mu pić w ciszy poranną kawę. Każdego ranka, z wyjątkiem sobót, w które po prostu nie pił porannej kawy, bo spał dłużej. Tak, na pewno dlatego.

Do tego dodajmy, że część z nas jest kompletnie pokręcona i niezdolna do relacji nawet z samym sobą. Że wyobraża sobie, ba - oczekuje że mąż czy żona totalnie ze wszystkiego tego pokręconego nas uleczy. Że robimy mnóstwo głupot, jesteśmy podatni na uzaleznienia, nie wyrastamy z naszych relacji z domu rodzinnego. Każdy i każda z nas to wprost idealny kandydat na męża czy żonę.

Po to mamy kryzysy - by te prawdy do nas dotarły. Bo co jak co, ale oszukiwać się lubimy.


Tak w bardziej poważnym tonie - dzień w którym zdecydowałam się, tak na całego w zgodzie ze sobą, że nie zgodzę się na żaden rozwód był dla mnie bardzo wyzwalający. Takie nowe otwarcie w moim życiu nastąpiło. I był to pierwszy krok do odwieszenia się od męża zarazem. Bo była to moja osobista, autonomiczna decyzja. Zgodna ze mną. A nie z tym, czego chciał ode mnie mój mąż.

Fakt, nie znałam wtedy Sycharu - więc mój pomysł na dalsze życie nie był zbyt radosny, widziałam siebie jako usychającą staruszkę. To znaczy Sychar nie ma jeszcze recepty na to by się nie zastarzeć, ale w moich wizjach tą staruszką miałam stać się mniej więcej po dwóch trzech latach noszenia strojów żałobnych, sypania głowy popiołem i całonocnych sesji rozpaczy (całodniowe nie wchodziły w grę z uwagi na samotne macierzyństwo, które także miało być pasmem udręk). Z Sycharem się starzeję, ale w takim naturalnym tempie. Nie latam w worku na ziemniaki, to mnie chyba nadal najbardziej dziwi, bo sądziłam, że to po tym jak się nie wyrazi zgody na rozwód, jest to strój absolutnie obowiązujący. Do tego włos rozwiany, oczy szalone, usta mamroczące nerwowe modlitwy. Coraz lepiej mi się żyje :) Bez takich atrakcji. Są inne.

Małżeństwo bez stałej obecności męża ma też wiele zalet. Szczególnie jeśli jest to małżeństwo bez stałej obecności męża pogrążonego w głębokim kryzysie. Zaczęłam sobie cenić brak napięcia w domu, brak napięcia w moich barkach i plecach, brak napięcia w moim żołądku. Dobra rzecz. Już kiedyś pisałam - po wyprowadzce męża błagałam w mojej pierwszej Nowennie Pompejańskiej o męża powrót, w części dziękczynnej tej samej Nowenny - dziękowałam za jego wyprowadzkę.
Nie znaczy to, że nie tęsknię za mężem, nie pragnę jego zbawienia, nie martwię się o niego, czy że nie chcę naprawy naszej relacji. Chcę i poczekam. Ale bez spinki. Da się i jest fajnie. A mąż czy żona marnotrawni - muszą tam w tym świecie swoje dostać. Skoro tak lubią.

I jeszcze jedno - nie ma chyba bardziej uspokajającego komunikatu dla dziecka niż ten - okej, tata jest w kryzysie, jest nam trudno - ale mam już plan. Tata na razie potrzebuje czasu by wyjśc z kryzysu, damy mu ten czas - a my w tym czasie postaramy się stanąć na nogi. A za tatę będziemy się modlić. Najpierw będzie nam trudno - możemy tęsknić za tatą, a nawet czasem za nim płakać - i wiele rzeczy będzie inaczej. Ale od nas zależy jak to inaczej będzie wyglądać. Bo to my decydujemy.

Otulam cię modlitwą. Będzie dobrze.

Umiłowana79
Posty: 56
Rejestracja: 27 wrz 2020, 7:49
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Temat Umiłowana79

Post autor: Umiłowana79 » 19 sty 2021, 17:36

Ruto 🙂
Zaszalalaś 🙂.
Czy Ty jesteś jakimś redaktorem, piszesz artykuły? Potoki słów wylewają się z Ciebie jak z oceanu, masz dar pisania Kobieto 😊 czuć tę lekkość pióra u Ciebie 🙂
Dzięki za słowa wsparcia, wysyłka do Boga w częściach rozłożyła mnie na łopatki, uśmiałam się nieźle z tej wizji 🙂
kwestię dumy też fajnie przedstawiłaś i w sumie zgadzam się z tym, że duma nie pozwala nam na postępowanie zgodnie z czyimś widzimisiem, a jednak bycie z tego powodu wrogiem nr 1 wcale nie pociesza ani tym bardziej nie umacnia, zwłaszcza jeśli chodzi o osobę męża. Często duma nie pozwalała mi na wiele spraw, chociażby teoretyczne mieszkanie z nami kiedy zaczęło się traktowanie mnie zimno i z pogarda czy lekceważeniem. Co z tego że go wyprosiłam z domu. Nie wyciągnął z tego żadnych dobrych dla rodziny wniosków. Doszedł do dobrych wniosków dla siebie-możesz jest mu dobrze samemu, cokolwiek by to miało znaczyć (faktycznie samemu czy samemu z kowalska). I tak całe dnie siedział z nami, przepraszam z dziećmi. Na noc chodził nocować tam gdzie nocował.

Mirabelko slodka,
Dzięki za otuchę.

Sajmon123,
Miło zobaczyć przedstawiciela męskiej części populacji. Dobrze jest usłyszeć słowa otuchy też od mężczyzny w takich okolicznościach.
Już myślałam, że tu nikt z Was, Panow, nie zagląda, że to taki kącik wyżalania się, w którym ciężar dają radę dźwigać tylko kobiety. A tu proszę, niespodzianka 🙂

Pisze tu jednak nie do końca po to, żeby dostać wsparcie, choć jest to nieocenione - bez dwóch zdań. Bardziej nachodzi mnie refleksja, że ta nadzieja że nie wszystko skonczone, była jednak zludna.
Cały czas tliła się we mnie iskra, że kochamy się, mimo wszystko, że jest ciężko, że nam daleko do siebie, a droga wyboista, ale że walczyć będziemy o siebie zawsze, a tu się okazało, że zostałam sama na tym gruzowisku. I jeszcze za ten cały bałagan winna jestem tylko ja. Że te lata wcześniej okazały się niczym znaczącym, skoro rozwodem chce wszystko mój mąż zakończyć.
Chodzi o to, że ja chce w nim widzieć człowieka którego kocham i który kocha mnie, mimo że teraz nasze rany tak bardzo zawalają to uczucie. Tak ta gangrena zalewa to co dobre, że nawet ja mam już dystans do tego wszystkiego. Próbując utrzymać nadzieję za nas dwoje, że jeszcze nie wszystko stracone, wciąż dźwięczy mi w uszach stwierdzenie koleżanki, że o co ja walczę, że ta moja deklaracja jest, owszem, moja, ale to granie na zwłokę, ten pokaz że mąż jest dla mnie wazny, to reanimacja trupa. I chyba ma rację. Bo nawet jeśli ten rozwód cudem od Boga nie zostanie orzeczony to i tak mąż do mnie nie wróci, patrząc na to jak zimno mnie traktuje i jak jest daleki od spraw naszej rodziny.
nie mam co do tego żadnych złudzeń.
Druga sprawa, że teraz jeśli by nie doszło do rozwodu, to i tak zrobi to za jakiś czas.
Mój mąż jest zawzięty, i to bardzo.
W końcu ja nie raz się uginalam, "weź przestań, dajmy spokój z tymi wojnami, odpuścimy, przecież jesteśmy rodziną i tego nic nie zmieni... " Zaciskal się w sobie mimo wszystko dalej, a ja reagowałam w tej sytuacji dalej automatycznie. Bo trudno było stać z biała flaga przy jego postawie dalej.
Pamiętam, że specjalnie kiedyś przy dzieciach przeprosiłam go że na niego na krzyczałam, miałam powód, ale ukorzylam się, żeby dzieci widziały że za błędy się przeprasza. Powiedziałam "przepraszam że na ciebie na krzyczałam". Syn zadowolony do taty powiedział "tato, mama cię przeprosiła, wybaczysz jej?Na co mój mąż -"mama robi tak jak uwaza."
Koniec.
Kurtyna.
Tadaaaam....

Może lepiej było to zakończyć już na samym początku kryzysu...
Tak tylko pogłębilismy nasze frustracje sobą nawzajem.

Nie przypuszczałam ze w tej krytycznej sytuacji mój mąż uzna, że zamiatanie problemów pod dywan jest dalej dla niego najlepszym rozwiązaniem.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nowiutka i 13 gości